Dylemat naszego istnienia 

Powiedzmy sobie szczerze - z punktu widzenia samej poprawności poznania prawdy o rzeczywistości - na 100% nic nie wiemy ani o istnieniu Boga, ani o braku Jego. Można powiedzieć, że bazujemy na relacji świadków - bo nie można odmówić ani świętym, ani apostołom, że nie są świadkami - skoro mówią, że zaświadczają, także swoim życiem.

W związku z tym gdyby doszło do sprawy sądowej na mocy prawa, które obecnie obowiązuje - sprawa byłaby wygrana przez apostołów i świętych.

Myślę, że także wykrywacz kłamstw potwierdziłby, że mówią prawdę, zwłaszcza, że tak, jak wyżej napisałem - za to świadectwo zapłacili trudami życia i swoim życiem.

Niewykluczone, że w przypadku Jezusa za dużo żądamy czyli że żądamy 100% poznania przez nas, abyśmy osobiście to poznali czyli abyśmy sami jako sędziowie w tej sprawie stali się świadkami tych wydarzeń, a tego nawet w sądzie nie uzyskuje się.

Niewykluczone, że w chwili śmierci czy wręcz po śmierci będzie nam dane więcej poznać.

Współczesne objawienia Maryjne, a zwłaszcza Cud Słońca w Fatimie - wskazują na coś więcej, nawet jeśli do końca nie bylibyśmy pewni autentyczności relacji apostołów o zmartwychwstaniu Jezusa.

Żadna inna religia ani żadna filozofia czy wręcz - ateizm, nie dysponują nawet promilem takich wskazówek.


Śmierć nasza jest dowodem naszej skończoności i bezradności. Śmierć nasza pokazuje także naszą kondycję i nasze możliwości. Powiedzmy sobie szczerze - stając wobec naszej śmierci nic nie możemy i nic nie znaczymy, a obecne nasze bycie przestaje istnieć. Nagle księga naszego życia zamyka się na zawsze i już nigdy na tym świecie nie będzie otwarta - nawet jeśli świat i Ziemia istnieć będą jeszcze miliardy lat.

Stając w takiej prawdzie o sobie należy przyjąć ofertę Jezusa chociażby dlatego, że tylko ta oferta jest i wygląda na poważną.

Można walić głową w ścianę, ale to nic nie pomoże - najwyżej narobimy sobie bólu.
Po prostu tak jest.